Kira odebrała telefon Amy, bo dzwoniła
Olivia. Powiedziała jej, że Amy jest chora, ale już jest lepiej. Rozmawiały o
tej całej sytuacji i znała stanowisko rodziny Amy. Jej bracia byli w stanie
przyjechać po nią natychmiast, ale teraz to było bezsensu. Umówiły się, że Kira
ich będzie informować o stanie zdrowia i zdecydowała, że to ona się nią
zaopiekuje. Angelo, którego poinformowała o tym, był podobnego zdania. Amy
została, bo Paddy ją prosił, ale rozstali się, więc lepiej będzie jak to Kira
się nią zajmie, a nie Paddy. Rozmawiał z bratem i tłumaczył mu te decyzje. Amy
i tak cierpiała, więc po co dodatkowo ją w takiej sytuacji denerwować. Paddy
miał się skupić na pakowaniu, a bracia mu pomagali. Joey wygospodarował we
własnej piwnicy pomieszczenie na jego rzeczy i przez kilka dni pakowali, a
potem wywozili to tam. Zniknęły rzeczy z salonu i zostały tylko meble. Jego
osobiste drobiazgi również. Czuł jakby znikało jego dotychczasowe życie.
Amy już się lepiej czuła, ale nie
widziała Paddy'ego od dnia rozmowy. Kira powiedziała jej, że to jej i Olivii
decyzja. Nic nie powiedziała, ale łzy jej poleciały. No przecież chciała mu
pomóc, została dla niego, ale dziewczyny miały rację. Była chora i w tym
momencie nie powinien jej widzieć. Nie chciała, aby się litował nad nią.
Powinien skupić się na tym, co chciał osiągnąć, a nie nad jej chorobą. Czuła
się już lepiej i poszła do kuchni po wodę. Była piąta rano, więc wszyscy w domu
spali. Aż oniemiała jak zobaczyła salon i kuchnię. Salon był obcy, zostały
tylko meble. Żadnych obrazów, zdjęć, nic nie było. W kuchni co prawda były
meble, ale było widać, że i tu zaszły zmiany. Poszła z powrotem do sypialni.
Biedna Kira, pomyślała, pewnie jest zmęczona. Tyle dni opiekowała się nią. Gdy
poszła się wykąpać, Kira zmieniała jej pościel. Porozmawiały chwilę i Amy wybłagała
Kirę, aby poszła się położyć, bo ona i tak już czuła się dobrze. Kira poszła do
domu spać, a Amy położyła się również i znów zasnęła. Otworzyła oczy i
zobaczyła Paddy'ego opierającego się o futrynę. Patrzył na nią.
·
Hej.
Jak się czujesz? - zapytał.
·
Może
być – odpowiedziała cicho – Paddy, w salonie nic nie ma. Ile ja spałam?
·
Eee,
kilka dni.
·
Miałam
Ci pomóc... - powiedziała smutnym głosem.
·
Teraz
najważniejsze jest Twoje zdrowie. Leż sobie spokojnie i zdrowiej.
· Nic
nie jest ważne! – czuła, że łzy napływają jej do oczu – Paddy, chcę zostać
sama.
·
Dobrze,
już wychodzę.
Nie chciał jej zdenerwować. Może Kira
miała rację, gdy nie pozwoliła mu się zbliżać. On czuł się lepiej gdy ona tu
była, ale wiedział, że było to egoistyczne. Ale potrzebował jej, potrzebował,
aby tu była z nim. Nawet nie uczestniczyła w pakowaniu, ale tu była. Mimo tej
decyzji, mimo wszystko, Amy nadal była dla niego ważna. Nadal ją kochał i na
razie pewnie tak będzie, bo nie da się kogoś usunąć z serca, nawet przy
rozstaniu. Martwił się o jej zdrowie, była jeszcze taka słaba. Nie chciała, aby
ją widział jak jest smutna. Rozumiał to, chciała jemu wszystko ułatwić. Zawsze
tak było, ale powinna pomyśleć o sobie, a nie o nim. Nie zasługiwał na nią.
Mimo, że teraz miał cel, miał zajęcie, nadal myślał o swoim życiu i o tym, co
poszło nie tak. Nie wiedział co będzie dalej. Nie był już niczego pewny. On
zaczynał nowe życie, bez nich wszystkich. Bał się o siebie, o Amy, o swoje
rodzeństwo. Chcieli go namówić do zmiany decyzji, ale on ją podjął i nie
zamierzał zmienić. Było mu jej żal, bardzo to przeżywała. Widział to, nigdy
wcześniej by go nie poprosiła o to, aby zostawił ją samą, a teraz jakby chciała
nauczyć się już teraz, że jest sama i nie liczyła na niego. Przyjęła pomoc od
Kiry i Angelo, ale od niego nie chciała. Zrobił śniadanie dla siebie i Amy,
miał nadzieję, że Kira trochę pośpi, bo ostatnio nie spała. Około 10 poszedł
sprawdzić czy Amy chce jeść, a ona stała przed szafą i wyciągała rzeczy.
Położyła je na łóżku i już nawet niektóre były w walizce. Widział na jej twarzy
smutek, przypomniał sobie jak przeprowadziła się do niego, wtedy była
szczęśliwa. Teraz nie, ale dzielnie sobie radziła. Chyba nawet lepiej niż on.
Zawsze była dzielna i wiedział, że teraz sobie również poradzi.
Pakowała swoje ubrania, płakać jej się
chciało, ale chciała mieć to za sobą. Jeszcze nie czuła się dobrze, ale jak
zobaczyła spustoszenie w całym domu, chciała mieć to za sobą. Nie da rady
wytrzymać tego dłużej. Miała ochotę spakować się i wyjść, ale chciała, aby
wszystko odbyło się spokojnie. Obiecała mu, że zostanie z nim do końca, więc
zrobi to i nieważne ile to ją będzie kosztować. Zadzwonił jej telefon, był to
Nat.
·
Halo
– powiedziała i aż swojego głosu nie poznała – Cześć.
·
Cześć
siostra! – powiedział uradowany Nathnan – Myślałem, że Kira odbierze, a to Ty.
Jak się czujesz?
·
Dobrze
– powiedziała zdawkowo – Trochę jeszcze kręci mi się w głowie, ale ogólnie już
jest lepiej.
·
Kira
mówiła, że zmokłaś.
·
Tak,
niestety tak, ale już się nie martw.
·
Aaa,
hm, jak sobie radzisz?
· Nie
chcę o tym rozmawiać. Nie teraz, dobrze? – powiedziała cicho.
·
Dobrze.
Kiedy mam przyjechać? – odpowiedział spokojnie – Aha, mam niespodziankę. Masz
zrobione poddasze, tzn. tam jest takie mieszkanko. Od kiedy nie ma Mike’a,
remontowałem całe piętro dla siebie i mam tam mieszkanie. Więc wyrzuciłem
Ciebie na górę. Sorry.
· Spoko
– zaśmiała się – I co? Remontujesz dla mnie poddasze, ale fajnie. Wiesz, że
zawsze go uwielbiałam.
·
Wiem
i dlatego to robimy. Wszyscy, nawet wszyscy nasi kumple przychodzą pomagać, a
Olivia z mamą wybierają kafelki i panele, kolory ścian.
·
Super.
Dzięki. Wiedziałam, że mogę na Was liczyć. Dam znać co i kiedy, bo sama nie
wiem. Dopiero dziś wstałam, ale zaraz się znowu położę, bo nie mam siły. Trochę
popakowałam swoich rzeczy. Jak przyjdzie Angelo poproszę go, aby to zabrał do
siebie.
·
On
i Kira zaprosili nas do siebie jak przyjedziemy.
·
Dobrze,
dzięki za wszystko.
·
Dla
Ciebie wszystko mała. Trzymaj się i dzwoń, nawet w nocy.
·
Dzięki.
To na razie.
Uśmiechnęła się do siebie i pomyślała,
że jednak dobrze mieć dwóch starszych braci. Na pewno się martwią, ale czekają
na nią, chcą ją zabrać, żeby nie jechała sama. Szykują jej mieszkanko w domu
rodziców. To było miłe. Chciała się teraz pozbierać, chciała być teraz silna.
Na łzy i rozpacz przyjdzie czas, gdy już będzie Olivia z nią. Będzie tam, w
domu, w Irlandii. Myślała o nim, jak będzie wyglądać jego życie teraz. Miała
nadzieję, że kiedyś się pozbiera i ułoży sobie życie. Położyła się, bo jednak
pakowanie było męczące, a ona jeszcze taka słaba była.
Och jej :( Biedna Amy, caly czas slaba. Chorobska sa bardzo meczace. Ale te przemyslenia... I Amy i Paddy maja racje w swoich. On mysli o niej, kocha nadal, ona o nim. Rodzina wazna rzecz, wiedzialam po zajawce,ze Amy się usmiechnie w tej czesci, nawet jeśli na tak krotko.
OdpowiedzUsuńrodzina to bardzo ważna rzecz/ sprawa, myslę, ze dzięki nim bedzie potrafiła się jeszce nie raz usmiechnąć, choc nie ukrywam, ze nigdy o Paddy'm nie zapomni chocby chciała...
UsuńPiękna część <3
OdpowiedzUsuńdziekuje :)
UsuńSmutna część...Amy słaba...my wiemy, ona jeszcze nie, że będzie owoc tej miłości....dobrze, że ma przyjaciółkę i braciszków. Och Ty Padziku.... gdzie Ty się wybierasz a właściwie po co....z Amy byłbyś najszczęśliwszy na świecie....
OdpowiedzUsuńno jeszce słaba jest, bo jednak choroba ją kilka dni trzymała. Rodzina jest ważna, ale to już wiemy.
UsuńPaddy tak zdecydował, a czy byliby szczęśliwi?? Już chyba nie....
Jak dobrze, że AMy ma do kogo wracać..że ma rodzinę, przyjaciół...Nie wiem jak dalej potoczą sie jej losy...ciężko mi sobie wyobrazić teraz....Paddy tyle czasu o nią walczył...O jje miłość..Ona była taka uparta, tak się przed tym broniła. Dużo ją to kosztowało...A teraz? Wszystko prysło jak bańka mydlana.....
OdpowiedzUsuńNo masz Betsy rację, tyle zabiegania, cztery lata razem i co? I nic...
UsuńOkropne patrzeć jak ich szczęście ulatnia się, Paddy idzie do zakonu, Amy wraca do Irlandii. Bardzo smutne, ale cały czas mam w głowie, że niebawem ich drogi znowu się przetną...
OdpowiedzUsuńgłupi gnojek, nie mogę zrozumieć ten Amy, ona cierpi i to jest zrozumiałe ale wiesz, cały czas mu życzy wszystkiego co najlepsze.... on na to nie zasługuje
OdpowiedzUsuńTyle lat minęło jak to pisałam.. A smutek jak to czytam ogromny
OdpowiedzUsuń